"Tu es la vague, moi l'île nue"


2011-06-18

To wszystko gdzieś coś znaczy. Drganie powieki, radość z porannego oddechu i kilometry autostrad, wśród których gdzieś między sto piętnastym, a miastem architektonicznej niestrawności, każdym pojedynczym drżeniem przenikam istnienie. Prędkość wyzwala. Do zmysłów dociera już tylko zegar. Sto trzydzieści, sto czterdzieści... sto pięćdziesiąt... jęków na sekundę. Tym razem kolejny powrót do żywych. 

 

Andrzej Żuławski popełnił "Nocnik". Na pierwszy rzut oka literatura wydaje się być porządnym kawałkiem powieści, pamiętnika, pisanego nocą. Afera nad codziennością realiów o których nikt nie chce wprost otwarcie mówić. Popełnił tym samym proces, o którym głośno już od dawna, gdyż pewna pani odnalazła się w tychże nocnych spowiedziach, ni mniej ni więcej czyniąc się jednocześnie smakoszem spermy płynącej z amerykańskich chujów. W tabloidach wrzy i nic w tym złego, choć mało to interesujące, gdyby nie wycofanie wydaje się całkiem intersującej książki z nieco podupadającego krwiobiegu krążących w nim liter.

 

Podróżuję do kresu nocy. Bukowski nie kłamał pisząc, że dobry pisarz "o mało cię nie zabije". Celine przewodnikiem jest wytrawnym po bezkresie głupoty i hipokryzji. Śródwojenna Francja niczym gangrena tocząca wojsko, tucząca zmyślniejszych kupców. Kobiety otwarte na wszystko. Wojenne poematy o bohaterstwie utkane na kilku przypływach weny Bardamu, który to pozwala odebrać mu kolejną kobietę. Nie ukochaną. To słowo nie istnieje. Kobiety jak fale przypływu przychodzą, żeby odejść i dać w siebie wejść innej zatoce, wystrzelić w górę piany roztrzaskujące fale o klify. "Je vais et je viens, entre tes reins".  Fortuny zbijane na przekrętach rządowych,  szpitale i widma żołnierzy. Wojna tuczy rany, amerykańską pielęgniarkę odpowiedzialną za dostawy pączków i antypatriotyczne pytania o sens wojny, które skutkują rejsem do afrykańskiej kolonii, która dzieli ludzi na zasuszone siedliska larw bądź tłuste kreatury. Wojsko, administracja, kupcy i autochtoni. Ścierające się masy podporządkowane machinie podatkowej, tonom chininy, alkoholu, pasożytów i wzajemnej niechęci. I to wszystko nawet nie w połowie podróży.

 

"Crash" porywa. Ma się poczucie lekkiej niestrawności, ale nie czuje się straconego czasu. Trudno zaprzeczyć, że samochód jest jednym z lepszych mniejsc na wbijanie sie na wyżyny. Może nie koniecznie w chwili gdzy zmierza do pokieresznowania maski i składania kości w całość, ale nie wątpliwie miejscem jest magicznym. Nie można też odmówić sobie prędkości. Pożałować należy jedynie tego, że nie istnieje coś takiego jak choćby w Cadillacu Fleetwood. Cronenberg ma to do siebie, że nie da się przejśc obok niego obojętnie. Wierzę, że część widowni nie scierpi stworzonych przez niego bochomazów, zaś część będzie się utorzsamiać z masohizmem reżyserowanych przez niego wizji. "Naked lunch" jest genialym zobrazowaniem codzienności przedstawiciela beat generation.  Czy poradził sobie z odwzorowaniem Burroughs`a? Odpowiem sobie za jakiś czas.


skomentuj (0)